Jądro ciemności - część trzecia - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Niektórzy z pielgrzymów idących za noszami trzymali broń Kurtza - dwa rewolwery, ciężką strzelbę i lekki samoczynny karabin - gromy tego opłakanego Jupitera. Dyrektor szedł tuż obok jego głowy i pochylił się nad nim szepcząc. Położyli go w jednej z małych kajut - wiecie, było tam miejsce tylko na tapczan i parę składanych krzeseł. Przywieźliśmy mu spóźnioną korespondencję; podarte koperty i otwarte listy pokrywały łóżko. Jego ręka błądziła powoli wśród tych papierków. Uderzyła mnie płomienność jego oczu przy spokojnym, znużonym wyrazie twarzy. Nie było to właściwie osłabienie chorobą. Nie odczuwał chyba żadnych cierpień. Odniosłem wrażenie, że cień ten nasycił się już i uspokoił, że wyczerpał do dna wszystkie wzruszenia.

Zaszeleścił jednym z listów i spojrzał mi prosto w twarz, mówiąc: - Bardzo mi przyjemnie. - Widać ktoś mu o mnie napisał. Znów te specjalne polecenia! Zdumiała mnie moc głosu, którym władał bez wysiłku, prawie nie zadając sobie trudu poruszania wargami. Co za głos! Uroczysty, głęboki, wibrujący - a zdawałoby się, że ten człowiek nie jest zdolny do szeptu. Miał w sobie jednak dość siły - z pewnością sztucznej - aby doprowadzić nas wszystkich prawie do zguby, jak zaraz usłyszycie.

Dyrektor ukazał się w drzwiach, milcząc; wyszedłem z kabiny natychmiast, a on zaciągnął za mną firankę. Rosjanin, na którego pielgrzymi zerkali z ciekawością, wpatrywał się w brzeg. Spojrzałem w kierunku jego wzroku.

W oddali można było rozróżnić ciemne ludzkie kształty migające niewyraźnie na tle mrocznego lasu, a blisko rzeki dwie brązowe, wojownicze postacie, wsparte na wysokich włóczniach, stały w blasku słońca spokojnie jak posągi; na głowach miały przybranie z fantastycznie upiętych, nakrapianych skór. A z prawej strony szła wzdłuż oświetlonego brzegu dzika i wspaniała postać kobieca.

Stąpała miarowym krokiem, owinięta w pasiastą szatę z frędzlami, depcząc dumnie ziemię wśród lekkiego brzęku i migotu barbarzyńskich ozdób. Trzymała głowę wysoko; jej włosy były upięte w kształt hełmu; na nogach miała mosiężne kółka aż do kolan, bransolety z mosiężnego drutu aż po łokcie, szkarłatną plamę na ciemnym policzku, nieprzeliczone naszyjniki ze szklanych paciorków u szyi; dziwaczne jakieś przedmioty, amulety, dary czarowników, które wisiały na niej, lśniły przy każdym kroku. Musiała mieć na sobie wartość kilku kłów słoniowych. Była dzika i przepyszna, płomiennooka i wspaniała; jej powolne posuwanie się naprzód miało w sobie coś złowieszczego. A wśród ciszy, która spadła nagle na całą tę smutną krainę, olbrzymi obszar puszczy, cały ogrom płodnego i tajemniczego życia zdawał się patrzeć na nią, zadumany, jakby patrzył na wizerunek swojej własnej, mrocznej i namiętnej duszy.

Znalazłszy się naprzeciwko parowca, kobieta zatrzymała się i zwróciła w naszą stronę. Jej długi cień sięgał wody. Twarz o tragicznym i dzikim wyglądzie wyrażała obłędny smutek i niemy ból, a zarazem niepokój jakiegoś nurtującego ją, na wpół dojrzałego postanowienia. Stała patrząc na nas bez ruchu; zdawało się, że - jak sama puszcza - rozważa ponuro jakiś nieprzenikniony zamiar. Przeszła cała minuta; kobieta postąpiła krok naprzód. Rozległ się cichy brzęk, zabłysły żółte metale, poruszyły się frędzle draperii - i zatrzymała się, jakby jej zabrakło odwagi. Młodzik obok mnie coś mruknął. Pielgrzymi szeptali za moimi plecami. Kobieta patrzyła na nas, jakby życie jej zależało od niezłomnej wytrwałości tego wzroku. Wtem otworzyła nagie ramiona i poderwała je sztywno w górę, jak owładnięta niepohamowanym pragnieniem, by dotknąć nieba - a w tejże chwili szybkie cienie wypadły na ziemię i ogarnęły rzekę obejmując parowiec w mrocznym uścisku. Straszliwa cisza wisiała nad krajobrazem.

Kobieta odwróciła się z wolna, ruszyła wzdłuż brzegu i weszła w gąszcz na lewo. Raz tylko błysnęły ku nam jej oczy wśród mrocznych zarośli - i znikła.

- Gdyby chciała się dostać na statek, naprawdę myślę, że byłbym się starał ją zastrzelić - powiedział nerwowo człowiek w łatach. - W ciągu ostatnich dwóch tygodni dzień w dzień narażałem życie, aby ją utrzymać poza obrębem domu. Wpadła raz i zrobiła awanturę o te nędzne gałgany, które pozbierałem w składzie, by sobie naprawić ubranie. Wyglądałem już nieprzyzwoicie. Przypuszczam, że chodziło jej o te skrawki, bo jak furia gadała do Kurtza przez jaką godzinę, wskazując na mnie od czasu do czasu. Nie znam narzecza tego szczepu. Na szczęście dla mnie, zdaje się, że Kurtz był wówczas bardzo chory i wcale go to nie obeszło, inaczej byłoby nieszczęście. Nie rozumiem... Doprawdy - to nad moje siły. No, teraz już po wszystkim.

W tej chwili usłyszałem głęboki głos Kurtza za firanką: - Ocalić mnie! ocalić kość słoniową, chce pan powiedzieć. Niechże pan nie gada. Mnie ocalić! Jak to, przecież to ja was musiałem ratować! Psujecie mi teraz plany. Chory! Chory! Nie taki chory, jak byście pragnęli. Mniejsza z tym. Wykonam jeszcze swoje plany - wrócę. Pokażę wam, co można zrobić. Wy, z tymi waszymi kramarskimi pojęciami, przeszkadzacie mi tylko. Ja wrócę. Ja...

Dyrektor wyszedł z kajuty. Zaszczycił mnie ujęciem pod ramię i odprowadzeniem na bok. - Bardzo, bardzo już źle z nim - powiedział. Tu uznał za stosowne westchnąć, ale nie utrzymał się konsekwentnie w smutnym nastroju. - Zrobiliśmy dla niego wszystko, cośmy tylko mogli, nieprawda? Ale co tu ukrywać. Pan Kurtz wyświadczył naszemu towarzystwu więcej złego niż dobrego. Nie zdawał sobie sprawy, że czasy nie dojrzały jeszcze do energicznej akcji. Ostrożność, ostrożność - oto moja zasada. Musimy być jeszcze ostrożni. Ten okręg jest na pewien czas dla nas zamknięty. Fatalne! Handel w ogóle na tym ucierpi. Nie przeczę, że znaleźliśmy tu znaczną ilość kości słoniowej, przeważnie skamieliny. Musimy ją w każdym razie ocalić, ale niech pan zważy, jak niepewna jest nasza pozycja - i dlaczego? Ponieważ metoda postępowania jest niezdrowa. - Więc pan to nazywa «niezdrową metodą»? - zapytałem patrząc na wybrzeże. - Bez wątpienia - wykrzyknął gorąco. - A pan? - To żadna metoda - mruknąłem po chwili. - A właśnie! - uradował się. - Przewidywałem to z góry. Ten człowiek wykazywał zupełny brak wyrobienia. Obowiązkiem moim jest zaznaczyć to tam gdzie trzeba. - Ach - odpowiedziałem - tamten facet, jak to on się nazywa? ten ceglarz, wystosuje już dla pana raport jak się patrzy. - Wydal się zmieszany przez chwilę. Doznałem wrażenia, że nigdy jeszcze nie oddychałem atmosferą tak nikczemną, i w myśli zwróciłem się do Kurtza po ulgę, tak, dosłownie po ulgę. - Mimo to wszystko uważam, że pan Kurtz jest wybitnym człowiekiem - powiedziałem z naciskiem. Drgnął, rzucił na mnie zimne, ciężkie spojrzenie i powiedział bardzo spokojnie: - Był - i odwrócił się tyłem.

Godzina łaskawości dla mnie minęła; zostałem zaliczony do tej samej kategorii co Kurtz, jako zwolennik jego metod, do których czasy jeszcze nie dojrzały; uznano mnie za niepewnego! Ach, ale mogłem przynajmniej dokonać wyboru między koszmarami.

W rzeczywistości zwróciłem się myślą do dziczy, a nie do pana Kurtza, który - nie miałem zamiaru temu przeczyć - był już niejako pogrzebany. I wydało mi się przez chwilę, jakbym też leżał w obszernym grobie, pełnym niewypowiedzianych tajemnic. Czułem nieznośny ciężar uciskający mi piersi, zapach wilgotnej ziemi, niewidzialną obecność zwycięskiego zepsucia, mrok nieprzeniknionej nocy... Rosjanin dotknął mego ramienia. Usłyszałem, że mruczy coś pod nosem, jąkając się... - Kolega marynarz - zechciał ukryć - wiadomości o rzeczach, które mogłyby zaszkodzić reputacji pana Kurtza. - Czekałem. Dla niego najwidoczniej pan Kurtz nie był jeszcze w grobie; przypuszczam, że należał w jego oczach do nieśmiertelnych. - No! - przynagliłem - niechże pan się wypowie. Tak się złożyło, że jestem, niejako, przyjacielem pana Kurtza.

Oznajmił mi na to w sposób bardzo formalny, że gdybyśmy nie należeli do «tego samego zawodu», byłby zachował tę całą sprawę dla siebie bez względu na konsekwencje. Podejrzewa, że ci biali żywią w stosunku do niego jakieś złe zamiary... - Ma pan słuszność - powiedziałem, przypominając sobie pewną rozmowę, którą dawniej słyszałem. - Dyrektor uważa, że powinno się pana powiesić. - Zaniepokoiła go ta wiadomość, co mnie z początku ubawiło. - Lepiej zejść im spokojnie z drogi - powiedział z powagą. - Teraz nic już zrobić dla Kurtza nie mogę, a oni by znaleźli jakiś pretekst. Cóż ich może powstrzymać? Placówka wojskowa jest stąd o trzysta mil. - No, to doprawdy - powiedziałem - może lepiej, żeby pan nas opuścił, jeśli pan ma przyjaciół wśród dzikich z tej okolicy. - Bardzo wielu - odpowiedział. - To prości ludzie - a pan wie, że ja nic nie potrzebuję. - Stał, gryząc wargi, i dodał: - Nie chciałbym, aby coś złego spotkało tutaj tych białych, ale myślałem naturalnie przede wszystkim o dobrej sławie pana Kurtza, przy tym pan jest kolegą marynarzem i... - Dobrze - powiedziałem po chwili. - Dobrej sławie pana Kurtza nie grozi z mojej strony żadne niebezpieczeństwo. - Nie wiedziałem, jak dalece moje słowa były prawdziwe.

Zniżywszy głos poinformował mnie, że to Kurtz kazał zaatakować parowiec. - On czasem nie cierpiał myśli, że mogą go zabrać, a potem znów... Ale ja tych spraw nie rozumiem. Jestem prostym człowiekiem. Pan Kurtz przypuszczał, że ten napad was odstraszy, że dacie spokój temu wszystkiemu, myśląc, iż on nie żyje. Nie mogłem go powstrzymać. Och, ten ostatni miesiąc był dla mnie okropny. - Aha - powiedziałem. - Ale teraz już z nim jest lepiej. - Ta-a-a-k - odparł, widać nie bardzo o tym przekonany. - Dziękuję - powiedziałem - będę miał oczy otwarte. - Ale dyskretnie, prawda? - nalegał z niepokojem. - Byłoby zgubne dla jego opinii, gdyby ktoś z tutaj obecnych... - Obiecałem mu bardzo poważnie zupełną dyskrecję. - Mam tu czółno i trzech czarnych, którzy czekają nie bardzo daleko. No, już mnie nie ma. Nie mógłby mi pan dać trochę naboi Martini-Henry?

Mogłem to zrobić i zrobiłem w należytej tajemnicy. Mrugnął na mnie porozumiewawczo i wziął sobie garść mego tytoniu. - Między marynarzami, pan rozumie, dobry angielski tytoń... - Odwrócił się jeszcze od progu sterówki: - Proszę pana, czy pan nie ma pary zbywających trzewików? - Podniósł nogę. - Niech pan patrzy. - Podeszwy były przywiązane sznurkami jak sandały do bosych nóg. Wygrzebałem jakąś starą parę, na którą spojrzał z podziwem, nim ją wetknął pod lewe ramię. Jedna z jego kieszeni (jasnoczerwona) była wypchana nabojami, z drugiej (ciemnoniebieskiej) sterczały Towsona Badania dotyczące itd. Zdawał się uważać siebie za świetnie wyekwipowanego na nową walkę z dziczą. - Ach! Nigdy, nigdy już takiego człowieka nie spotkam. Szkoda, że go pan nie słyszał deklamującego poezje, i to jego własne, powiedział mi to. Poezje! - Przewrócił oczami na wspomnienie owych rozkoszy. - Jak ten człowiek rozszerzył mój horyzont! - Do widzenia panu - powiedziałem. Uścisnął mi rękę i znikł wśród nocy. Zapytuję siebie czasami, czy go rzeczywiście widziałem, czy spotkanie z takim fenomenem było istotnie możliwe!...

Gdy się obudziłem wkrótce po północy, przyszła mi na myśl jego przestroga i wzmianka o niebezpieczeństwie, które wśród tego gwiezdnego mroku wydało mi się tak realne, że wstałem, aby rzucić okiem dokoła. Na wzgórzu paliło się wielkie ognisko oświetlając od czasu do czasu krzywy węgieł stacyjnego budynku. Jeden z agentów wraz z kilku naszymi Murzynami, uzbrojonymi w tym celu, trzymał straż przy kości słoniowej; a daleko w głębi lasu czerwone, chwiejne błyski - które zdawały się wznosić z ziemi i opadać wśród mglistych kolumnowych kształtów o głębokiej czerni - wskazywały dokładnie miejsce obozowiska, gdzie czciciele Kurtza odbywali swe niespokojne czuwanie. Monotonne bicie w wielki bęben napełniało powietrze głuchymi uderzeniami i przeciągłą wibracją. Spokojny pomruk wielu ludzi, nucących każdy dla siebie jakieś niesamowite zaklęcia, płynął z czarnej, płaskiej ściany lasów jak brzęczenie pszczół z ula i wywierał dziwny, narkotyczny wpływ na moje wpółrozbudzone zmysły. Zdaje się, że drzemałem oparty o poręcz, póki nagły wybuch wrzasków, ogłuszający wybuch skupionego, tajemniczego szału nie zbudził mnie, oszołomionego zdumieniem. Ustał raptownie i cichy pomruk ciągnął się dalej, sprawiając wrażenie słyszalnej i kojącej ciszy. Zajrzałem mimochodem do małej kajuty. Paliło się tam światło, ale pana Kurtza nie było.

Sądzę, że byłbym krzyknął, gdybym wierzył swym oczom. Ale nie uwierzyłem z początku - wydało mi się to takie niemożliwe. Straciłem panowanie nad sobą, owładnięty prostym, bezmyślnym strachem, czystym, bezprzedmiotowym przerażeniem, nie związanym z żadnym wyraźnym kształtem fizycznego niebezpieczeństwa. Moje wzruszenie było tak potężne wskutek - jakże mam to określić? - moralnego wstrząsu, któremu uległem, jakby spadło na mnie niespodzianie coś wręcz potwornego, nieznośnego dla myśli i przejmującego wstrętem duszę. Trwało to naturalnie najdrobniejszy ułamek sekundy, potem zaś pospolite uczucie zwykłego, śmiertelnego niebezpieczeństwa było zaiste pożądane i kojące; nie przejmowała mnie możliwość nagłego napadu i rzezi lub czegoś w tym rodzaju, co wisiało nad nami. Uspokoiłem się istotnie tak bardzo, że nie podniosłem alarmu.

O trzy stopy ode mnie siedział na krześle, na pokładzie, agent zapięty po szyję w ulster i spał. Wrzaski go nie obudziły; chrapał lekko. Zostawiłem go śpiącego i wyskoczyłem na brzeg. Nie zdradziłem pana Kurtza - było mi sądzone, abym go nigdy nie zdradził - było zapisane, że mam pozostać wiernym do końca zmorze, na którą padł mój wybór. Pragnąłem koniecznie rozprawić się sam na sam z tym cieniem - i do dziś dnia nie wiem, dlaczego dbałem tak zazdrośnie o to, by nie dzielić się z nikim szczególną posępnością tego przeżycia.

Stanąwszy na brzegu zobaczyłem natychmiast ślad - szeroki ślad na trawie. Pamiętam uczucie tryumfu, z jakim powiedziałem do siebie: «Nie może chodzić - pełza na czworakach - mam go». Trawa była mokra od rosy. Szedłem szybko wielkimi krokami, zacisnąwszy pięści. Majaczyło mi się - tak mi się zdaje - że wpadnę na niego i porządnie wygarbuję mu skórę. Zresztą nie wiem. Przychodziły mi do głowy różne głupie myśli. Stara kobieta z kotem robiąca coś na drutach prześladowała moją pamięć, jako najmniej odpowiednia do tego, by tkwić u drugiego końca podobnej historii. Widziałem także szereg pielgrzymów, strzykających ołowiem w powietrze ze strzelb trzymanych u biodra. Przyszło mi na myśl, że nigdy nie wrócę już na parowiec, i wyobraziłem sobie, iż będę żył samotnie w puszczy - bez żadnej broni - aż do podeszłego wieku. No, wiecie, takie różne głupstwa. I pamiętam, że bicie w bęben mieszało się z biciem mojego serca i że cieszył mnie jego spokojny rytm.

Trzymałem się wciąż śladu - potem przystanąłem, by nasłuchiwać. Noc była bardzo jasna, ciemnobłękitna przestrzeń iskrzyła się od rosy i gwiazd; czarne kształty stały w niej bardzo spokojnie. Wydawało mi się, że dostrzegam, jakby coś się ruszało przede mną. Dziwnie byłem pewien wszystkiego tej nocy. Rzuciłem po prostu ślad i pobiegłem szerokim półkolem (zdaje mi się doprawdy, że po drodze chichotałem do siebie), aby zabiec drogę temu czemuś, co się ruszało czy posuwało - jeśli tam coś istotnie dostrzegłem. Podchodziłem Kurtza, jakby to była chłopięca zabawa.


strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


  Dowiedz się więcej
1  Jądro ciemności - streszczenie
2  Jądro ciemności - symboliczne znaczenie tytułu
3  Etyka Conradowska



Komentarze: Jądro ciemności - część trzecia

Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
Imię:
Komentarz:
 





Streszczenia książek
Tagi: