Jądro ciemności - część trzecia
klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Nie, nie pochowali mnie, choć jest pewien okres czasu, który widzę niby przez mgłę, wzdrygając się ze zdumieniem, jakbym wspominał przejście przez jakiś świat niepojęty, wyzuty z nadziei i pragnień. Znalazłem się znów w mieście grobów, podrażniony widokiem ludzi spieszących ulicami, aby zwędzić jeden drugiemu trochę pieniędzy, aby pożerać haniebnie przyrządzone posiłki, łykać niezdrowe piwo, snuć głupie i błahe marzenia. Narzucali się natrętnie moim myślom. Wiedza tych intruzów o życiu była dla mnie irytującym pozorem, ponieważ czułem z całą pewnością, że nie mogą wiedzieć tego, co ja wiedziałem. Ich zachowanie, które było po prostu zachowaniem pospolitych indywiduów zaprzątniętych interesami i przekonanych o swym zupełnym bezpieczeństwie, drażniło mnie jako niesłychana chełpliwość głupoty w obliczu groźnych okoliczności, których owa głupota nie jest w stanie zrozumieć. Nie chciało mi się bynajmniej uświadamiać tych ludzi, ale wstrzymywałem się z pewną trudnością od parskania śmiechem w ich twarze, tak pełne tępego zarozumialstwa. Prawdę mówiąc, nie czułem się wówczas bardzo dobrze. Chodziłem po ulicach chwiejnym krokiem - musiałem pozałatwiać różne sprawy - i gorzko szczerzyłem zęby do różnych wielce szanownych osób. Przyznaję, że moje zachowanie było nie do wybaczenia, ale też i temperaturę rzadko miewałem normalną w tych czasach. Wysiłki mej drogiej ciotki, usiłującej mnie podtrzymać na siłach, mijały się zupełnie z celem. To nie moje siły potrzebowały pokrzepienia; należało ukoić moją wyobraźnię. Przechowywałem paczkę papierów powierzonych mi przez Kurtza, nie wiedząc właściwie, co z nimi zrobić. Matka jego umarła niedawno, pielęgnowana, jak mi opowiadano, przez jego Narzeczoną. Jakiś człowiek w złotych okularach, starannie ogolony i odznaczający się bardzo oficjalnym obejściem, odwiedził mnie pewnego dnia i rozpytywał - z początku podchodząc do tej sprawy z daleka, a potem nalegając ze słodyczą - o to, co mu się podobało nazwać «pewnymi dokumentami». Nie zaskoczył mnie tym, ponieważ jeszcze w Afryce miałem na ów temat dwie kłótnie z dyrektorem. Odmówiłem wówczas wydania najmniejszego skrawka z tej paczki i pozostałem przy swoim stanowisku wobec człowieka w okularach. Uciekł się w końcu do niejasnych gróźb i bardzo gorąco dowodził, że spółka ma prawo do każdej bez wyjątku informacji o swoich «terytoriach». - Wiedza pana Kurtza o tych nie zbadanych jeszcze okolicach - powiedział - musiała być z konieczności rozległa i szczególnie dokładna, dzięki jego wielkim zdolnościom i opłakanym warunkom, w których się znalazł; dlatego też... - Zapewniłem go, że wiedza Kurtza, aczkolwiek rozległa, nie dotyczyła zagadnień handlu lub administracji. Wówczas wezwał na pomoc naukę. «Byłoby stratą wprost niepowetowaną, gdyby» itd., itd. Wręczyłem mu raport o Tępieniu dzikich obyczajów oddarłszy przedtem postscriptum. Wziął go skwapliwie, a potem prychnął nań z pogardą. - To nie jest to, czego mieliśmy prawo oczekiwać - zauważył. - Nie oczekujcie nic innego - odpowiedziałem. - Reszta to tylko prywatne listy. - Wyszedł, zagroziwszy mi postępowaniem prawnym, i już nie zobaczyłem go więcej; natomiast inny jakiś facet, mianujący się kuzynem Kurtza, ukazał się w dwa dni później i chciał koniecznie usłyszeć wszystkie szczegóły o ostatnich chwilach drogiego krewniaka. Mimochodem dał mi do zrozumienia, że Kurtz był właściwie wielkim muzykiem. - Były w nim możliwości rokujące olbrzymie powodzenie - powiedział ów człowiek, organista, jak mi się zdaje; jego gładkie, siwe włosy spływały mu na zatłuszczony kołnierz surduta. Nie miałem powodu wątpić o jego twierdzeniu; i do dziś dnia nie umiem powiedzieć, jaki był zawód Kurtza, czy w ogóle miał jakikolwiek i który z jego talentów górował nad innymi. Wziąłem go z początku za malarza, który pisywał do gazet, czy za dziennikarza umiejącego malować - lecz nawet jego kuzyn (zażywający tabakę podczas rozmowy) nie umiał określić ściśle zawodu Kurtza. Był to uniwersalny geniusz - zgodziłem się co do tego ze starym jegomościem, który wytarł nos hałaśliwie, wielką bawełnianą chustką, i wyszedł w starczym podnieceniu, unosząc kilka rodzinnych listów i jakieś mało ważne notatki. Wreszcie pojawił się u mnie dziennikarz pragnący dowiedzieć się czegoś o losie «drogiego kolegi». Poinformował mnie, że właściwą dziedziną Kurtza powinna była stać się polityka w «zakresie popularnym». Ów gość miał krzaczaste, proste brwi, monokl na szerokiej wstążce, ostrzyżony był krótko na jeża i wyznał mi w przystępie szczerości, że Kurtz w gruncie rzeczy wcale pisać nie umiał - ale dalibóg! jak ten człowiek umiał mówić! Potrafił zelektryzować duże zgromadzenie. «Była w nim wiara - rozumie pan? - była w nim wiara. Potrafił wmówić w siebie wszystko - wszystko. Byłby został wspaniałym przywódcą skrajnej partii». - Ale jakiej? - zapytałem. - Jakiejkolwiek - odpowiedział. - To był człowiek... człowiek... krańcowy. Czy pan tego nie uważa? - Przytaknąłem mu. - A czy pan wie - zapytał z nagłym przebłyskiem zaciekawienia - z jakiego właściwie powodu wybrał się do Afryki? - Wiem - odpowiedziałem i podałem mu natychmiast znamienity Raport, dodając, że może to opublikować, jeśli to uzna za stosowne. Przejrzał go pośpiesznie, mrucząc coś ciągle pod nosem, uznał, że «to wystarczy», i wyniósł się wraz ze swą zdobyczą.

Oznacz znajomych, którym może się przydać

strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 -  - 6 -  - 7 -  - 8 -  - 9 -  - 10 -  - 11 -  - 12 -  - 13 -  - 14 -  - 15 -  - 16 -  - 17 -  - 18 -  - 19 -  - 20 -  - 21 -  - 22 - 


  Dowiedz się więcej
1  Joseph Conrad - biografia
2  Jądro ciemności - plan wydarzeń
3  Etyka Conradowska



Komentarze
artykuł / utwór: Jądro ciemności - część trzecia







    Tagi: